“Current price means…. current price”

czwartek, 15.03.2007, 22:16

Tym oto cytatem z dzisiejszych zajęć z przedsiębiorstw finansowych zaczynam dzisiejszą notkę.

Nasze perepetie z panią profesor Chaos są jak IV RP – tragedia, lecz każdy się z tego śmieje. Nawet Finowie – z którymi zrobiliśmy dzisiaj wypad na piwo – wiedzą o co chodzi. Zgodnie z obietnicą pozwolę się na początku popastwić trochę nad dzisiejszymi zajęciami. Na początek – galeria cytatów wraz z komentarzem biegłych i ekspertów:

we knows

komentarz eksperta: OK, każdemu się zdarza, zobaczmy dalej:

current price means… (chwila namysłu) current price

komentarz eksperta: dziwne nie?

- p. Chaos: what we are going to do if we want to buy it?
- Ktoś z sali: we buy it?
- p. Chaos: Yes, that’s right!

komentarz eksperta: brak komentarza

stocks represent shares in spółka akcyjna

komentarz eksperta: wbrew pozorom tu popastwię się najwięcej. Brak słów – skoro stock to akcja to nawet laik ekonomiczny coś do tego doklei i wyjdzie mu lepsze ustrojstwo niż to wtrącenie w języku polskim… Ja nie wiem, to jest chyba logika rozmyta, za trudne do zrozumienia…

Czas na wisienkę, którą opowiem w formie anegdoty:

p. Chaos zapytała się studentów: “What is a stock?”. Studenci głowią się, dwoją troją, padają różne odpowiedzi w stylu “representation of share”, “share of assets”, “capital” i wiele innych. Za każdym razem prof. Chaos kiwa głową w przeczącym tonie. W końcu głos zabiera cichutko Kasia B. i mówi coś pod nosem. Pani Chaos natychmiast zwraca się w jej stronę i donośnym, uradowanym głosem woła “Yes! Excellent! Could you say it louder?”, na co Kasia B. powtarza już na głos: “Akcje”.

Komentarz do sytuacji uważam za zbędny, choć ja sam przez pierwsze parę sekund od usłyszenia odpowiedzi i reakcji na nią byłem tak otumiony absurdem całej sytuacji, że kiedy mój mózg odebrał informację, że teraz należy wybuchnąć śmiechem mało brakowało, a trzeba by moje organy zmywać z sufitu.

Teraz dwie rzeczy, których się dzisiaj dowiedziałem. Pierwsza to taka, że nie byłem dotąd nigdy przy tablicy na finansach (a przecież na ochotnika na pierwszych zajęciach poszedłem i nawet mnie pamiętała z nazwiska). Druga ciekawa rzecz to ta…. że na pierwszych zajęciach, tj. tych, na których byłem przy tablicy wcale mnie nie było… No, teraz to naprawdę będę skołowany do końca życia… Wszystkie rewelacje zaczerpnięte z notatek pani profesor.

Narzekania miało być dziś więcej, ale po rozważeniu wszystkich za i przeciw stwierdziłem, że nie mam siły na pisanie wszystkiego co mnie na finansach czy w punkcie ksero wkurzyło… Może przy najbliższej okazji – całodzienny pobyt poza domem wyczerpał mnie na maksa.

Są jednak i pozytywne aspekty dzisiejszego dnia, gdyby policzyć je dokładnie to ich liczba wyniesie słownie pięć: (kolejność chronologiczna):

  1. piątka z controllingu
  2. odkrycie dobrego kebaba na mieście – taniego, smacznego i w ładnym lokalu. Reklamy nie będę uprawiał, bo zapomniałem jak się nazywa :) Mimo to polecam :P
  3. miło spędzony czas w Policach z Agatą
  4. spotkanie na piwku w Czampionie
  5. giełda na plus

Ogólnie więc pokaźna szala plusów zrównoważyła ten wielki minus tytułowy. Mam nadzieję, że i następne czwartki tak się będą zerować, czego i Wam i sobie życzę.

P.S. Jeśli wydaje się, że ten wpis ma znamiona czepialstwa to jest to prawda – wydaje się :)
P.S.2 Wojtek “wymyślił” mi na spotkaniu z Finami ksywę. Brzmi ona “Simba” :)


Skomentuj