Wczoraj późnym wieczorem byłem na trzeciej części “Piratów z Karaibów”, z tajemniczo brzmiącym tytułem “Na końcu Świata” (oryg. Pirates of the Caribbean: At the World’s End”. Pierwsza część była niesamowita, druga w stosunku do pierwszej to jak Matrix Reaktywacja do Matrixa (spora część filmu niezła, ale widać, że nastąpiło zmęczenie materiału). Trzecia część Piratów budziła we mnie spore nadzieje, między innymi ze względu na fantastyczny trailer:
A jak było? Aby nie zdradzić moich odczuć co do jakości filmu tym, którzy go jeszcze nie widzieli, moja minirecenzja (która znajduje się poniżej) została ukryta.
Tutaj znajduje się minirecenzja. Uwaga, może zawierać drobniuśkie szczegóły fabuły.
Trzecia część mnie zawiodła. Już początkowa scena zdecydowanie nie pasuje do klimatu serii, jest mroczna i okrutna. Kto oglądał pierwszą część wie, że siłą tamtego filmu były niebanalne i komiczne scenki z humorem, wypełniającym pastisz różnych pirackich i innych filmów przygodowych. W trwającej prawie 3 godziny trzeciej części “Piratów z Karaibów” jest parę scen budzących uśmiech + kapitalna walka na morzu dookoła wiru wodnego. Takiego dynamizmu akcji chyba dotąd jeszcze nie widziałem. Efekty specjalne powalają na kolana, ale ogólnie film jest raczej popłuczyną po lekkim i miejscami groteskowym klimacie Piratów jedynki. Wiele wątków jest wprowadzonych na siłę, jest ich zresztą za dużo, w pewnym momencie nie ma się pojęcia kto jest z kim i dlaczego go zdradza. Niektóre motywy wzbudziły moje najszczersze politowanie. Gdyby więc połączyć drugą część z trzecią, a następnie:
usunąć wszelkie motywy z Singapurem
wywalić ze scenariusza kapitana Norringtona
wywalić totalną klapę, to znaczy Kalipso
dać jakieś optymistyczne zakończenie
dodać trochę absurdu do niektórych scen
to film mógłby być nawet niezły. W obecnej formie oceniam go jako rozczarowanie.